Zamek, lochy i inne jego pomieszczenia. Część 1

Zamki stojące na stromych skałach poruszają wyobraźnię każdego człowieka, zarówno kobiet i mężczyzn. Ich majestatyczność i pomysłowość konstrukcji są powodem podziwu współczesnych inżynierów, którzy pomimo tak wielkich możliwości obliczeniowych komputerów z trudem byliby w stanie je zaprojektować. Nie mówię już o sposobie realizacji takiego przedsięwzięcia. W jaki sposób tak wielkie projekty usytuowane na skałach były mierzone na każdym etapie budowy? Teraz mamy GPS, satelity i wysoko wyspecjalizowane narzędzia geodezyjne, ale wówczas, kiedy powstawały te budowle, nikt nie myślał i nie wiedział o laserach stosowanych we współczesnych nam poziomicach. Niesamowite, piękne, mroczne, imponujące, zdobyte i te niezwyciężone. Strzeliste, warowne i te usytuowane na graniach skalnych. Dziewczynki wyglądają wieży, w której mieszkała księżniczka, a chłopcy nasłuchują, czy nie słychać jeszcze chrzęstu zbroi i stukania kopyt koni, na których poruszali się rycerze. Zamki musiały być samowystarczalne przez długi czas na wypadek oblężeń, dlatego gromadziły zapasy w spichrzach i miały swoje studnie. Cała infrastruktura i zarządzanie posiadały elementy małego państwa: władza, sądy, lochy, cechy rzemieślników, bankowość, wojsko i budowle sakralne zależne od wyznawanej religii, muzycy i aktorzy teatrów oraz teatrzyków ulicznych, kuglarze. Cała ludność okolicznych wsi szukała schronienia w ich wnętrzach w razie najazdu wroga.  

Każdy zamek miał swojego władcę, króla. On w sposób suwerenny stanowił prawa i był ostateczną instancją tego prawa. Nikt nie miał większej władzy w zamku, mieście – państwie. Życie wielu ludzi zależało od decyzji tego monarchy, sędziego i obrońcy zarazem. Zastanawiam się, co może się wydarzyć w życiu takiego zamku i jego mieszkańców, kiedy do władzy “dostał się” jakiś młokos, kiedy władze przejmuje lud i kiedy włada nim mądry, sprawiedliwy, pełen litości i miłosierdzia król. 

Młodość ma swoje prawa, a jednymi z jej atrybutów jest szybkość podejmowania decyzji oraz ich zmienność. Cóż może począć lud, kiedy raz można coś robić, a za chwilę ten sam czyn czy też postawa jest powodem karcenia? Nie ma mowy o poczuciu stabilności potrzebnej do budowania czegokolwiek. Sprawiedliwość jest kwestią kaprysu.  

 Inna cecha młodości to egoizm i kwestionowanie wszystkiego, wszystkich zasad i praw, które dla ludzi są pewnego rodzaju ramą obrazu całości, poza którą nawet malarz wykraczać nie powinien. Nastawienie na zaspokojenie własnych potrzeb przez władcę doprowadzi do gospodarki rabunkowej, w której “ja, mnie, o mnie, dla mnie” staje się zasadą życia przysłaniającą potrzeby innych. Mieszkańcy natychmiast zaczynają tak samo funkcjonować i zaczynają się jakieś szemrane interesy, w który “to moja sprawa” staje się powodem kłamstw i wyzysku, kłamstw niszczących od fundamentów strukturę moralną tego miasta, doprowadzając je do upadku. Mało kto będzie chciał bronić takiego miasta, w którym “człowiek człowiekowi wilkiem”, w którym człowiek staje się towarem. Mieszkańcy zamiast bronić staną się łupieżcami, ograbią bez skrupułów tych, których mogą, słabszych. Jak to mówią współcześni młodzi: władca “odkleił się od rzeczywistości”. Nikt w takiej twierdzy nieprawości nie będzie szukał schronienia.  

W przypadku zrezygnowania z całej mądrości zdobytej przez przodków, którzy z mozołem budowali to warowne miasto-państwo powoduje totalny chaos. Coś, co było wypracowane, aby zapewnić wszystkim sprawiedliwą, miłosierną opiekę i władzę, poszło do lamusa jako przeżytek. Przykłady takich rewolucji pod przykrywką pięknych haseł mamy w historii ludzkości wiele. We wszystkich przypadkach kończyły się ludobójstwem i totalitaryzmem, zamordyzmem z lufą przystawioną do skroni, domagającym się skandowania imienia władcy lub idei z entuzjazmem. Inaczej stajemy się wyrzutkami na marginesie społecznym. Miasto takie staje się obozem “pracy i resocjalizacji” rodem z Korei Północnej. Normalność odkryta jako naturalny porządek wpisany przez Boga w sumienia ludzkie staje się wybrykiem moralnym nieuprawnionym do artykulacji. Ci, co mają odwagę wyrażać swoje oczekiwania zgodne z naturalnym prawem, skazani są na banicję lub wystawiani na publiczne drwiny na “placu pośmiewiska” – taki nasz Facebook. Władca taki z powodu słabości i wiotkości kręgosłupa moralnego wprowadza zasadę WSZYSTKO WSZYSTKIM. Nie ma rozróżnienia pomiędzy dobrem i złem. Jest jedynie demagogia pochylająca się nad tym, jak nazwać lub usprawiedliwić zło, aby je zrównać z dobrem, czyniąc je wariantem normy. Lekarze jednak nie silą się nad tym, by gruźlicę nazywać jakimiś uroczo, uwodzącymi określeniami, mającymi złagodzić wstrząs spowodowany prawdą. Komunikat jest taki: Jest pan chory na gruźlicę. Ma pan objawy i kwalifikuje się pan do leczenia. Brak terapii skończy się zgonem. Gdy nazwiemy inaczej wszystko, tak ładnie, to pacjent jest w stanie zrezygnować z potrzebnej terapii koniecznej do powrotu do pełnego zdrowia. Śmierć w skutek choroby może zabić nie tylko jednostkę, ale całe miasto. Taką metodą są wtłaczane w umysły nowych pokoleń państwa-miasta zakłamane idee, mające zwolnić ich z odpowiedzialności za swoje życie i czyny, czyniące wszystko względną rzeczywistością, papką, bełkotem. Ramy obrazu, stałe, strzaskane jak naczynie gliniane powodują, że życiodajne społecznie zasady współżycia wsiąknęły w glebę niepamięci lub zostały wyparte jako nigdy nie istniejące.  Jaki król, takie państwo, taka władza, takie społeczeństwo, takie prawa, takie miłosierdzie. Tyle w temacie porywczej młodości u steru państwa.  

Co się stanie jednak, gdy władzę przejmie lud, czyli mieszkańcy tego warownego grodu? Jedynym punktem odniesienia są prawa ustanowione na drodze głosowania w oparciu o rozeznanie rozumowe i użyteczność, pragmatyzm społeczny. Samostanowienie może podążać w dwóch kierunkach, bo jest uzależnione od fundamentów jakie stoją u podstaw kultury i prawodawstwa tego miasta. Jeżeli ma odniesienie do czegoś więcej niż samo człowieczeństwo ludzi okaleczonych grzechem pierworodnym, to istnieje szansa, że stanie się społeczeństwem zakładającym w swoim ustawodawstwie nie tylko interesy grup społecznych, ale i troskę o najsłabszych, sprawiedliwość nie opieraną na skutecznym lobbingu. W takim społeczeństwie praktyki religijne są zazwyczaj przejawem więzi łączącej pojedynczych ludzi z ich bóstwem, a poprzez jednostki całe społeczeństwo. Mając odniesienie do bóstwa odnosi swoje prawa do normy przekraczającej ich samych. Pytanie nasuwa się jedynie takie: czy owo bóstwo jest Bogiem? Straszną pomyłką byłoby służyć komuś, kto zawłaszcza sobie cześć należną nie jemu, tylko Stwórcy. Na ile, więc Ów bóg jest Bogiem, miłującym, miłosiernym i dlatego wymagającym, na tyle to społeczeństwo będzie zdolne tworzyć prawa strzegące interesów nie tylko wybranych grup społecznych, ale obejmujące wszystkich swoją sprawiedliwą troską. Człowiek skazany na bezbożność, czy to przez wychowanie lub świadomy wybór, w rzeczy samej jest skazany na swój egoizm lub egoizm społeczny, który potrafi uzasadnić każde działanie, nawet antyludzkie, jako prawo wypływające z wolności, równości i braterstwa oraz narzucać je pod groźbą utraty wolności lub dóbr, które w sposób sprawiedliwy może ta jednostka otrzymać. Mamy do czynienia z przymuszaniem. Tolerancja opresywna staje się narzędziem terroru społecznego. O tej “tolerancji” pisałem w jednym z wcześniejszych artykułów. Mamy przecież możliwość spotkać się lub obserwować takie działania w naszej codzienności. Dla bezbożnego społeczeństwa samo społeczeństwo staje się bogiem i jest zmuszone, błądząc niejednokrotnie nawet po trupach, stanowić prawa. Przy ograniczonej perspektywie widzenia skutków dziś stanowionego prawa i pod wpływem skażonej grzechem pierworodnym natury ludzkiej, społeczeństwo i jego władze były zmuszone być sędzią. Stanowienie o dobru lub złu, które sobie człowiek przywłaszczył staje się niebezpiecznym narzędziem. Można to porównać do próby lotu nietoperza przez las z nałożonymi słuchawkami, w których dudni muzyka. Taki lot kamikadze. Dążenie do samozagłady, społeczne dążenie staje się niezauważalnym lub celowo pomijanym miejscem lądowania takiej społeczności. Człowiek nigdy nie będzie Bogiem.  

Bóg jednak stał się człowiekiem, aby wskazać człowiekowi wyjście z tego diabelskiego młyna egoizmu. Wynosi człowieka do godności Dziecka Boga, aby on jako jednostka i społeczeństwo miał rzeczywisty obraz samego siebie i skutków swojego działania, by był uzdolniony do służby wobec najsłabszych, ofiarności, stałości zbudowanej na współpracy z łaską Boga, która pieczętuje działania człowieka i nadaje im wieczną wartość i trwałość, a życie jest darem dla innych, a nie towarem. W Bogu jedynie zanurzony człowiek jest zdolny do całej pełni swojego humanizmu, bo człowieczeństwo nasze jest otwarte na Boga, na świat duchowy i jedynie w rękach kochającego Boga może stać się narzędziem miłości, podczas, gdy powierzymy swoje życie Mordercy, to nasze życie może jedynie stać się brzytwą lub trutką dla innych.  

Tym miłosiernym królem i miłującym władcą może być jedynie Bóg. Ta teokracja nie jest narzuconym systemem, ale wybranym sposobem funkcjonowania jednostek i całego społeczeństwa. Życiodajny zaczyn Ewangelii ma moc przetransformować stado wilków egoistów we wspólnotę, pośród której jest obecny żywy Bóg. Więź jaka łączy ludzi z Nim i intensywność przeżywania codziennego spotykania się z Nim daje człowiekowi wolność w stosunku do samego siebie, drugiego człowieka i rzeczy. Możemy posiadać siebie, aby panować nad sobą i w sposób rozumny rozeznając Bożą wolę podejmować decyzje mające wpływ nie tylko na mnie, jako jednostkę, ale poprzez świętość w życiu codziennym lub przywiązanie do grzechu możemy mieć wpływ na całe społeczeństwo. Bóg nikogo nie przymusi do niczego. Mając w nas współpracowników może nas uczynić kanałami swojej łaski, ukazując, że współżycie – czyli dzielenie z nim każdej chwili życia – może być i jest życiodajne i szczęściodajne dla każdego, kto zdecyduje się by z Nim, w Nim, dla Niego przeżywać swoje tu i teraz.  

Zobaczyliśmy różne modele funkcjonowania zamku. Za każdym z nich stoi widmo skutków rzutujących na przyszłość. Bóg kładzie przed nami błogosławieństwo i przekleństwo. Po co wyciągamy ręce w naszej codzienności? 

W kolejnym zamyśleniu zobaczymy, co może kryć zamek w sobie. 

 Aneta i Mariusz Borkowscy 

Liga Rodzin Archidiecezja Katowicka

Poprzedni wpis
Następny wpis
Formacja opiekunów Apostolatu Pielgrzymującej Matki Bożej Szensztatu

Podobne wpisy

Będąc małym dzieckiem zastanawiałem się często, jak to jest możliwe, że złamane kości, których nie widać, są tak poskładane, że kończyna odzyskuje pełną sprawność. Mama moja wytłumaczyła mi wtedy, że…
CZYTAJ WIĘCEJ